Spacerek po Toronto

Nie Ottawa, nie Montreal, Toronto. Największe miasto Kanady, które w aglomeracji liczy ponad 6 ml. ludzi. Pierwsze wrażenie? – Nic tu ze sobą nie współgra, bez smaku, bez klimatu, sam beton, wieżowce, ulica i faceci w garniturach. Mimo takiej nieciekawej pierwszej opinii dałam temu miastu kolejną szansę i wiedziałam, że Toronto tę szansę wykorzysta.

Aby lepiej poznać miasto należy samemu w nie uderzyć, tak też zrobiłam. Z Kasią z Mississaugi, czyli miasta położonego przy Toronto w którym Kanadyjczyków nie spotkacie wyruszyłyśmy metrem do samego centrum. Metro czystością i nowością nie grzeszy, ale 4 litery na miejsce zawiezie. Wyszłyśmy gdzieś w centrum i pierwsze co to poszłyśmy na burgera.

Burger w Ameryce to mus! Nie mam tu na myśli „burgera” z dziadowskich sieciówek w których zamiast mięsa jest papier toaletowy. Po drodze w stronę wody natknęłyśmy się na lokalny i bardzo klimatyczny bar „The Fox” w którym zaserwowano nam prawdziwego BBQ burgera z wołowiną , boczkiem i colą zero 😛 (coli zero jest tam więcej od normalnej).

Kolejny przystanek w Toronto – Hockey Hall of Fame czyli Galeria Sławy Hokeja, albo Muzeum Historii Hokeja na Lodzie. Jako świeżo upieczone fanki Toronto Maple Leafs zapłaciłyśmy kilkanaście dolców za wejściówkę. Muzeum było przeznaczone dla naprawdę zainteresowanych, bo znaleźć można tam było: puchary, stroje, bramki, krążki i mnóstwo informacji na temat drużyn, wyników i innych.

Mimo wszystko Muzeum było bardzo przyjemne dla oka i zaprojektowane w nowoczesnym stylu. Dla znudzonych oglądaniem wystaw zapewnione były atrakcje: strzelanie bramek, ich obrona lub film 3D, a przy końcu klasycznie, sklep z pamiątkami. Rzeczy w nim były kosmiczne, jak ich ceny. Przykładowo za koszulkę w przeliczeniu wołali 800PLN.

Kolejnym punktem na naszej mapie zwiedzania był CN Tower. Najwyższa wieża w Toronto w której znajduje się punkt widokowy i z której widać całe miasto i jeszcze więcej.

Po zejściu z niej przeszłyśmy się ulicami miasta i ostatecznie udałyśmy się na bulwar przy jeziorze Ontario z którego widać było zatokę, wysepki i lotnisko. Dużo stateczków, a bulwar sam w sobie czysty i zadbany. Kupiłyśmy wino i tak zakończyło się zwiedzanie Toronto.

Zakończyło się w tamten dzień… 😊 Kolejnego czekała na nas kontynuacja zwiedzania. Padło na Ripley’s Aquarium of Canada, Queen Street oraz Kensington Market.

Akwarium wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiło (we Wrocławiu jest lepsze), więc przejdę do Queen Street na której było już ciekawiej. Kilkukilometrowa ulica z kolorowymi domkami, artystycznym graffiti, sklepami, barami i innymi małymi biznesami.

Właśnie tu można było poczuć klimat miasta, ta ulica zrobiła na nas ogromne wrażenie. Po zakupach, matcha latte, czarnych lodach (zarąbiste były 😊) zwiedzałyśmy Kensington Market.

Na ten rejon godzina w zupełności wystarczy. Bardzo dziwna dzielnica z jeszcze dziwniejszymi ludźmi, którą po prostu trzeba zobaczyć będąc w Toronto.

Zielone można dostać wszędzie, a artystycznych budynków i samochodów jest tam od groma.

Oprócz zwiedzania wybrałam się z Kasią na mecz hokeja na lodzie. Od razu Wam uświadomię, że  to TRZEBA zobaczyć będąc w Kanadzie. To była jedna wielka impreza, a akurat grali „nasi” czyli Toronto Maple Leafs oraz Montreal. Trybuny pełne, około 10tys kibiców, pomieszanych na dodatek! Wszyscy piją piwo, klaskają, śpiewają, dobrze się bawią. Na trybunach moje oczy nie odnotowały żadnej bójki, ale na boisku bywało ciekawie. Podczas meczu kibice byli cały czas czymś zajęci: grała muzyka, rzucali koszulki, robili zbliżenia kamerą na ludzi, śmieszne zabawy na boisku podczas przerwy, maskotka. Podsumowując, ten mecz był jedną z najlepszych rzeczy jakie przytrafiły mi się na wyjeździe.

Dalej będzie już prawdopodobnie o Stanach 😊