Wrocławska Dycha

A w moim przypadku Wrocławska Piątka, bo właśnie taki dystans wybrałam. Park Tysiąclecia to moje ulubione miejsce do biegania we Wrocławiu, więc szkoda by było nie wystartować tam w zawodach. Niedziela, pierwsza bez handlu, pierwsza od dłuższego czasu słoneczna i ciepła. Niestety od czwartku złapało mnie przeziębienie, więc musiałam pobiec z katarem.

Start o godzinie 9:30, dość wcześnie jak na zawody, ale dla mnie idealnie jak na co dzień budzę się o 6, a w weekendy o 7 😊. Na dzień przed nawpierdzielałam się tony węglowodanów (jak przed jakimś maratonem), więc rano na bułki z dżemem patrzeć nie mogłam i zjadłam skromniejsze niż zazwyczaj śniadanie (skromniejsze, bo miało mniej niż 600 kcal :P). W sumie nawet i dobrze, bo żadnych rewolucji żołądkowych na trasie nie było.

Kawka i można było pakiet odebrać (numer startowy z chipem, sznurówki, soczek i ulotki). Dość skromny, ale nagrody w puli do rozlosowania były naprawdę kozackie, więc narzekać nie można. Przed biegiem uczestnicy skorzystać mogli ze wspólnej rozgrzewki. Ja jednak potruchtałam po swojemu 😛  i już nadszedł czas na ustawienie się na linii startu. 3,2,1 i lecimy!

Pierwszy kilometr za szybko, mimo to wiedziałam o tym, ale sama chciałam ponieść się tej adrenalinie, a później cierpieć. 3 pierwsze kilometry zleciały mi raz dwa. Udało wyprzedzić mi się parę osób po drodze, ale i mnie z 2 wyprzedziły. 3-4 kilometr zwolniłam i to konkretnie, mimo wszystko zacisnęłam zęby i czekałam na tabliczkę z 4km. Jest i ona! Nie dawałam się nikomu wyprzedzić, a metę widziałam z oddali. Jeszcze tylko most, pętla i prosta do mety.

Wbiegłam na nią z przekonaniem wykonania swojej roboty w 100%. Chrapka na treningi biegowe wzrasta, tym bardziej, że na pogodę narzekać już nie mogę 😊 Jednak te treningi siłowe też coś w sobie mają, bo tragedii z czasem jak na chorobę nie było. 5 Open i 2 w kategorii wiekowej – tak to wyglądało. Po biegu udało mi się złapać paru znajomych i zamieć kilka słów.

O godzinie 11:00 wystartowała Wrocławska Dycha, więc ja w tym czasie miałam chwilkę na ogarnięcie siebie do czasu dekoracji i losowania nagród. Bieg na 5km ukończyło około 200 biegaczy a na 10km – 500.

Kosmiczne medale i podróż po układzie słonecznym zapewnił Nam organizator zakładając na szyje medale planety – dziś był Mars. Dziś, ponieważ Puchar Sportów Wytrzymałościowych wlicza jeszcze kilka innych imprez sportowych na, których zdobyć można inne medaloplanety.

Bardzo fajny pomysł i fajny medal, doceniam kreatywność! Jeżeli o nagrodach mowa to w kategorii byłam 2 za co dostałam szklaną statuetkę. Dekoracja była wspólna mężczyźni+kobiety (dlatego stoję na podium z tym młodym gentelmanem :P). Po dekoracji przyszedł czas na losowanie, niestety mi się nie poszczęściło, ale szkoda byłoby przepuścić: rower, zegarek biegowy czy… masło orzechowe <3

Po biegu jak tradycji przystało, pojechaliśmy na szamkę. Ostatnio gustuje w azjatyckiej kuchni, więc padło na knajpę „Orientuj się” w centrum. Polecam z całego serduszka <3

Dziękuję bardzo mojemu tacie, który na zawsze pozostanie moim wiernym kibicem i wspiera mnie jak nikt inny. Chyba Wy też (biegacze) jesteście mu wdzięczni za zarąbiste zdjęcia? Które pojawią się dziś lub jutro (bądźcie czujni 😉).

 

>>GALERIA I<<

>>GALERIA II<<

>>FILMIK<<