Cross Uraz Duathlon

Właśnie wróciłam i cały czas czuję adrenalinę oraz emocje związane ze startem, to pewnie dlatego mogę jeszcze chodzić 😛

Te zawody kosztowały mnie chyba najwięcej wysiłku fizycznego jak i psychicznego w życiu. Poprawka – nie chyba tylko na pewno. Jednak ja lubię jak jest ciężko, to mnie kręci. Im większy wysiłek tym lepiej dla mnie. Na dzień przed debiutem pojechałam niunią(rower) po płatki jaglane do sklepu i przy okazji sprawdziłam czy wszystko z nią w porządku. Tak pojeździłam, że wyszło 20km na dzień przed startem, kiedy to powinnam się w 100% zregenerować. Ale trudno jest usiedzieć w mieszkaniu jak za oknem ładna pogada i na dodatek jest się sportowcem.

Dzień zawodów, wstaję o 7, pakuję ostatnie rzeczy, ubieram się, jem dwie bułki z dżemem, przygotowuję kawę na drogę i ruszam w stronę Urazu. Duathlon czyli bieg-rower-bieg, takiej kombinacji jeszcze nie próbowałam. Do tej pory startowałam w 2 triathlonach, a na treningu co najwyżej robiłam rower-bieg. 5km bieg – 20km rower – 5 km bieg i to wszystko w terenie! Oprócz moje dystansu (CUD MINI) odbył się również start na dystansie 10-40-5 (CUD MAX) i 60km sam rower (CROSS BIKE).

Za pakietem niestety musiałam trochę poczekać, bo kolejka była  duża. Dzień wcześniej byłam na Bielanach wrocławskich gdzie miałam możliwość wcześniejszego odebrania numerku, jednak nie doczytałam regulaminu i musiałam godzinkę pomarznąć za tą siateczką. Pakiet składał się z: numeru startowego, naklejki na rower, ulotek, bidonu i żelu energetycznego. Tak się w tej kolejce naczekałam, że do startu pozostało niewiele czasu. Odstawiłam rower z kaskiem do strefy zmian i poszłam się ogrzać do samochodu. Co się ogrzałam to już musiałam śmigać na start 3, 2, 1 i punkt 10:20 ruszamy.

Trasa była bardzo wymagająca. Pierwsze 5km biegu to było najprzyjemniejszą częścią wyścigu. Nie wiem kiedy to mi mięło, ale minęło bardzo szybko. Wzdłuż Odry wałem 2,5km nawrotka i z powrotem po rower do strefy zmian. Rach ciach i się zaczęło… teraz już tak szybko kilometry nie zlatywały. Najcięższe 20km na rowerze w życiu. Wyprzedziło mnie multum zawodników, ja może z 3 (i to tych z dętką lub po wypadku). Błoto, błoto, góry, cross – tak wyglądała trasa rowerowa. Kiedy pierwszy raz spojrzałam na zegarek bo myślałam, że już końcówka roweru przeraziłam się. Na zegarku było dokładnie wyświetlone 6,71km, prawie wpadłam w rozpacz. Do 12km odbywała się walka w głowie, a wyprzedzające mnie osoby wale nie motywowały. Po 12km uspokoiłam się i jechałam swoim własnym tempem, a w głowie zamiast wkurzenia i złości pojawiały się filozoficzne przemyślenia 😛 Czasem trzeba było z roweru zejść i wtargać go na szczyt pagórka, czasem trzeba było przejechać przez rzeczkę, pochlapać się, ubrudzić itp. Trasa była bardzo malownicza, ale cholernie wymagająca o czym świadczyło, że nie każdy jej podołał.

Zakończyłam etap rowerowy (kur## wreszcie) zsiadłam z niego i…. Uczucie w nogach było nie do opisania, na szczęście przeszło po 5 min. Odłożyłam rower na swoje miejsce (dziękuję grupie chłopaków, którzy pomogli mi ogarnąć rozwalony rower obok i użyczyli chusteczki). Teraz tylko 5km i koniec, wbiegam na trasę widzę mojego tatę do którego mówię „katastrofa rowerowa” i biegnę dalej. Mówiąc to jednak się uśmiecham, a nawet śmieję, daje mi to pozytywnego kopa i udaje wyprzedzić mi się parę osób. Biegiem tych ostatnich kilometrów nazwać nie można, to było raczej człapanie, albo jak to fitnesiary nazywają jogging 😛 Pojoggingowałam 2,5km zrobiłam nawrotkę, kolejne 2,5km i ukończyłam swój pierwszy w życiu duathlon!

Na mecie czekał na mnie medal (srebrna planeta Uran) oraz zespół śpiewający punk alternatywny… trochę ta muzyka do imprezy nie pasowała i trudno powiedzieć, że dało się ją przeżyć, przynajmniej w moim przypadku.

Po wyścigu przebrałam się, napoiłam i dostałam wiadomość z wynikiem. Trasa kosztowała mnie dokładnie 2:10:46 napierdzielania, a dało mi to 2 lokatę w swojej kategorii i 8 wśród kobiet. Jak zauważyłam na takie imprezy amatorzy nie przyjeżdżają. Zawodnicy byli już ostro zaprawieni w bojach i obstawiam, że było to pierwsze ich przetarcie w sezonie przed startami triathlonowymi.

 

W nagrodę z drugie miejsce w kategorii otrzymałam najdziwniejszą w życiu statuetkę. Myślałam, że to był duathlon, a nie wyścig kajaków 😛

Po nagrodzeniu zwycięzców odbyło się losowanie nagród. Mało kto opuścił teren imprezy przed losowaniem, bo nagrody były warte świeczki. Do rozlosowania były: dwa rowery, pompki do rowerów, bony do sklepu Polar i inne. Niestety nie dla mnie te dobroci ☹

Jak to już bywa w życiu trzeba się posilić, po zawodach tym bardziej. Padło na indyjskie jedzenie (moje ulubione) Mango Mama przy wrocławskim Rynku, polecam <3.

Zawodników biorących udział w wyścigu przepraszam za brak galerii zdjęć… problemy techniczne. Jednak relacji wideo nie zabraknie 😊