Runmageddon Rekrut – Wrocław 2018

Kocham te biegi. Śmiało mogę powiedzieć, że dają mi one więcej satysfakcji i samozadowolenia niż asfaltowe życiówki czy miejsca na podium. To decyzja wariata, wystartować w czymś takim, ale wariata, który się nie boi, a to już ¾ sukcesu.

Wiele osób z którymi rozmawiałam po tym starcie mówiło mi, że marzą o wystartowaniu w Runmageddonie ale… i się zaczyna. „Muszę potrenować”, „Nie dam rady”, najczęściej spotykane wymówi. Ludzie! Jeżeli macie sprawne nogi i ręce to naprawdę nic  na przeszkodzie nie stoi, poza tym nikt Wam nie każe całą trasę biec, ani pokonywać wszystkich przeszkód. Nie będziesz ostatni, bo ludzie puszczani są falami, a przy pokonywaniu przeszkód pomagamy sobie wzajemnie. Więc zamiast chciałbym/abym zapisz się i ruszaj na trening, nikt go za Ciebie nie zrobi!

Taka moja motywująca zachęta dla tych niezdecydowanych. 😊

Jak było w tym roku?

Mój 3 Runmageddon, a bodajże 8 bieg z przeszkodami. Jak widać błoto wciąga i to konkretnie 😊

Dzień przed odebrałam swój pakiet. Wszystko było bardzo dokładnie przemyślane i zaplanowane, z odbiorem większego problemu nie było, a jak się pojawił to migiem został rozwiązany. W pakiecie dostałam: batona A.Lewandowskiej, napój izotoniczny 4move, ulotki informacyjne, chip, koszulkę (uwielbiam te projekty) oraz opaskę na rękę z numerem. Nie mogłam przejść obojętnie obok sklepu Runmageddonu w którym zakupiłam sobie koszulkę z długim rękawem 😊 Wieczorem, aby doładować się węglami przed zbliżającym się startem wylądowałam w mojej najlepszej naleśnikarni we Wro czyli „La Paryżance” z wyborem na słodko 😀

Dzień zawodów rozpoczął się tak jak każdy inny, czyli o godzinie 6:00. Z łoża wypełzłam dopiero 20 min po :P. Zjadłam śniadanie (dwie bułki z dżemem i kawa, przemycając gdzieniegdzie masło orzechowe :P), ubrałam się, spakowałam i wyruszyłam w stronę Toru Wyścigów konnych. Wystartować miałam o godzinie 8:30, a o 8 były tylko dwa stopnie na plusie. Źle nie było, bo słoneczko świeciło i robiło się coraz to cieplej, ale wiedziałam, że trasa nie będzie wcale taka ciepła…

8:15 wchodzi moja fala do strefy startowej i już czuć te moc! Na powitanie ścianka i rozgrzewka przy energetycznej muzyce. Każdy bierze wór na plecy 3, 2, 1 bum! Pętelka z ciężarem w dymie zrobiona więc można spritować do kolejnych przeszkód. Snopki, kolejne snopki i chyba jeszcze kolejne 😛

Dziękuję panu w niebieskim za kilkukrotną pomoc 🙂

Następnie zasieki (czołganie się pod kolczastymi drutami), opony i bieg w piachu (czyli taka rogrzeweczka). Ścianki, zeskoki, liny, rury w których trzeba było przejść. Mega fajną i złudną przeszkodą był mostek tybetański z ruchomymi rurami po których trzeba było przejść, a przy okazji nie spaść. Czołganie się, koziołki poznańskie czyli szczeble pnące się ku górze na których szczycie należy zeskoczyć, albo wpaść komuś w ramiona (jak kto woli :p).

Na 3km (mniej więcej) przeszła mi przez głowę myśl, że naprawdę jest bardzo lajtowo na trasie. Po chwili widzę zjeżdżalnię i strażaków… Lajtowo właśnie się skończyło. Zjazd na pośladkach do zbiornika z zimną wodą był pierwszym ciosem, później już było tylko ciekawiej. Woda, błoto, przeprawa przez rzeczkę, przejście pod belkami w wodzie itp. Zaczęło robić mi się zimno, a z czasem lodowato. Starałam się o tym nie myśleć tylko pokonywać przeszkody jedna po drugiej.

Biorę drewno i robię z nim symboliczną rundkę, następnie skaczę przez ogień, chwytam się liny i skaczę do wody. Uwielbiam tę przeszkodę, ale zawsze jest ta chwila czekania na nie wiadomo na co. Stoję i myślę sobie „na co czekasz i tak to zrobisz”. Biegnę, czołgam się i kolejna woda… tym razem najzimniejsza i ostatnia.

Wychodzę z wody z lodem i jest naprawdę źle, jęczę z bólu, ale wchodzę na opony zawieszone na łańcuchach, które się bujają i z których nie mogę spaść. Kopię nogą, aby rozhuśtać kolejną oponę i tak x4 aż do wieży z opon na, które się wspinam, uderzam w dzwon i schodzę (nie skaczę), aby się nie zabić. Na kolejnej przeszkodzie pomagam dziewczynie biorąc ją na barana, a ona odwdzięcza się tym samym 😀 Ściana, małpi gaj w wersji hard i żywa przeszkoda na sam koniec (faceci z tarczami). KONIEC

Czas 1:17

Na mecie czekał na mnie medal, badamka, woda oraz koc termiczny na który najbardziej czekałam. Jęczałam z bólu, dosłownie. Przykryłam się kocem, a dokładniej to mnie przykryli i pobiegłam do ogrzewalni w której znajdowały się osoby w podobnym stanie do mnie.

Szczerze trudno to wszystko opisać, przeszkód było naprawdę sporo, emocji również, przez co trudno to wszystko spamiętać nie wspominając o kolejności. Przeszkód rzeczywiście było ponad 30, a ja opisałam te, które najbardziej zapamiętałam.

Mogę śmiało powiedzieć, że największą przeszkodą była dla mnie temperatura, jestem zmarzluchem i gorzej raguje na te skoki temperatur, więc zostają mi jedynie starty latem (chyba że zacznę morsować). Mimo wszystko ponownie bym wystartowała i weszła do tej lodowatej wody, aby zrównać się z ziemią i nabrać trochę pokory do życia. Ogrzałam się i pojechałam ogarnąć się  mieszkania. Po 30 minutowym prysznicu wszystko wróciło do normy 😊 Parę mieszkaniowych przemeblowań i nadeszła godzina na obiad, więc korzystając z okazji i dnia wolnego wybrałam się na festiwal FoodTrucków.

Mimo korków i kolejek do pojazdów z jedzeniem, było warto. Tam nie ma szajsu tylko jest smak. Ja zamówiłam sobie dwie bułeczki bao ze Zjembao i byłam w siódmym niebie. Impreza przypominała piknik i była połączona z festiwalem mody. Słonko świeciło, było gdzie usiąść i coś zjeść 😊 Jednak to nie koniec atrakcji… Przede mną stała trudna decyzja spędzenia nocy…

Połowinkowy Bal Inżyniera, czy After Party Runmageddonu… Postanowiłam najpierw wybrać się na bal, a następnie zmienić lokalizacje… Jednak zostałam do końca na Balu i nie żałuję, bo chyba raz w życiu ma się połowinki inżyniera, prawda? 😛 Na afterze Runmageddonu jeszcze się zjawię i mam nadzieję, że nie raz 😊 Teraz uciekam dziobać do kolokwium z Pomp 😛

>> GALERIA I <<

>> GALERIA II <<

Film trochę później… (ale będzie petarda to dlatego :D)