Bieg CrossAnt

Uwielbiam takie poniedziałkowe poranki. Po pysznym śniadanku siadam z kawą i laptopem przeglądając zdjęcia z wczorajszego biegu. Wyszukuję siebie po wojskowych legginsach oraz analizuje swój bieg. Takie poniedziałki zdarzają się bardzo rzadko, a jak się już zdarzają to mają nazwę „niedziela” 🙂 Moje wykłady zaczynają się dopiero jutro, więc mam jeszcze calutki dzień na regeneracje i naładowanie baterii przed kolejną bombą wiedzy energetycznej.

Wczoraj wieczorem dosłownie padłam na łóżko i zasnęłam. A wszystko to za sprawą biegu terenowego CrossAnt. Zawody odbywały się w Marcinkowicach nieopodal Wrocławia i dzieliły się na dwa dystanse: Szlakiem Robotnicy (23km) oraz Tropem Mrówki (12km). Pakiet zakupiłam dzień wcześniej w galerii Factory do której mam bardzo blisko i obok której przejeżdżam praktycznie codziennie. W pakiecie: numer z chipem, opaska na ramię do biegania, oraz niewiele ulotek. Dość skromnie, ale biorąc pod uwagę nagrody z losowania to aż tak skromnie nie było 🙂

Następnego dnia: pobudka, śniadanko, pakowanko i ruszam w podróż. Droga mija mi bardzo szybko (niecałe 40min).

Na miejscu już jest sporo osób. Mój dystans czyli 12km startuje o 11:15, wcześniej o 15min pobiegną tzw. „Robotnice”. Imprezie biegowej towarzyszyło szczytne wydarzenie oddawania krwi. W okolicach startu i mety stał czerwony autobus w którym to można było oddawać krew.

Rozgrzewać mi się zwyczajnie nie chciało, więc zrobiłam jedynie 5-minutowy trucht. 11:15 start! 50m(nawet mniej) asfaltu, a reszta to już czysty cross. Uśmiechnęłam się i wiedziałam, że będzie ciężko. Kamienie, gałęzie, woda, błoto, górki. Trasa rzeczywiście jak dla mrówek 😛

fot. Katarzyna Rokosz

Bywały miejsca gdzie ze względu na duże błoto musiałam iść. O mało bym buta nie straciła! Nie ukrywam, że dla mnie bieg był wymagający. Nogi za swoje dostały, a na trasie łydki mnie dosłownie paliły. O równym tempie nie było mowy ze względu na bardzo zróżnicowaną trasę, ale końcówkę ładnie przyśpieszyłam.

fot. Katarzyna Rokosz

Przyśpieszałam również w momentach kiedy to np. wyprzedził mnie pies (IDĄCY pies), ktoś na trasie klaskał i krzyczał lub za mną biegły kobiety. Chęć rywalizacji cały czas mnie trzyma 😉

fot. Katarzyna Rokosz

Na metę wbiegłam z godziną na zegarku. Okazało się, że niektóre osoby pogubiły się na trasie i zamiast 23 km wyszedł półmaraton. Mi brakowało jedynie 300m do 12km. Trasa była bardzo dziwnie oznaczona, bo raz brakowało 500m raz było ok i tak na przemian 😛 Może organizator wychodził z założenia „mniej więcej”, kto wie? Na mecie dostałam medal i wodę. Przeszłam się, przebrałam, ogarnęłam i odwiedziłam szkołę. W szkole, gdzie mieściło się biuro zawodów po biegu miała nastąpić dekoracja zawodników oraz losowanie. Na miejscu każdy z biegaczy mógł poczęstować się zupą i posłuchać miejscowego zespołu grającego muzykę afrykańską.

Wylosować można było: badania wydolnościowe, trening personalny, kawę, soki, bon na paliwo lub myjnię, afterparty w knajpce w Marcinkowicach i inne gadżety. Nagród było dość sporo, bo ponad 30, a nawet 40, jak nie 50 😀 Ja zadowolić mogłam się jedynie (aż) podium 😀 II miejsce w kategorii K-20. Kategoria wiekowa 16-19 już się dla mnie niestety rocznikowo zakończyła. Wkraczam do najliczniejszej oraz mocniejszej kategorii wiekowej jaką jest K20. Takie info mi nie straszne, bo jak się ćwiczy to się ma 😀 Każdy „podiumowicz” mógł odebrać lokalne piwo firmy Rebelia. Bardziej ucieszyłabym się z wina, ale mój tata „Frankenstainem” nie pogardzi 😛

Fajna nazwa to i fajny bieg. Przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce” zawsze mi było obce. Okładka to CZĘŚĆ książki, to jej ELEMENT, który ją tworzy. Czy jakaś z lektur szkolnych miała zachęcającą okładkę?… No właśnie 😉 Za tydzień kolejny bieg, tym razem asfalt.