Izabeliński Bieg Zmarźlaka

Uwielbiam takie tereny. Kocham biegać jak najbliżej natury, ale jak jest troszkę cieplej 😛 Nie ma co narzekać, przynajmniej ruszyłam 4 litery i pokonałam swoją największą słabość jaką jest mróz.

Sobota i -8 nie zachęcało do wychodzenia na dwór, a tym bardziej biegania po nim. Izabeliński Bieg Zmarźlaka bez powodu tak się nie nazwał… ale koniec o pogodzie, trzeba biegać! Jakieś 30 min od centrum Warszawy mieści się Izabelin. To właśnie tam miałam po raz pierwszy w tym roku wystartować w zawodach. Nie ukrywam, że moja aktywność biegowa jest mizerna(1, max 2 razy na tydzień), przestawiłam się na treningi siłowe, więc siła rośnie, a co z szybkością?

Oprócz Biegu Głównego na 10km miał wystartować również bieg na 5km oraz bieg z przeszkodami dla dzieci. Ja ambitnie podeszłam do sprawy i zdecydowałam się na Bieg Główny, który wystartował o godzinie 11:00. Uczestników wielu nie było ze względu na narzucony przez organizatora limit miejsc. Przypuszczam, że chodzi tu o różnego rodzaju formalności i pozwolenia od Puszczy. Z jednej strony to dobrze, bo mniejsza konkurencja, brak przepychanek na trasie i łosie się nie przestraszą 😛

To co? Ruszamy 🙂 Cały czas teren, zimno, ale po pierwszym kilometrze już wszystko gra.  Trasa terenowa, pełno drzew natury i śniegu. Na szczęście nie było ślisko, ale tak czy siak należało uważać. Parę osób biegło z czworonogami, jeden nawet mnie wyprzedził 😛 Trasa leciała mi dość szybko, od 5km troszkę zwolniłam ze względu na lekki kryzys i wybiegnięcie z Puszczy w pole. Trochę powiało i można było cisnąć dalej. Biegnąc nie mogłam przestać się zachwycać otoczeniem, drzewa pokryte śniegiem, sypiący się puch z nieba i przedzierające się promienie słońca to było coś cudownego.

Końcówka ciągnęła się i ciągnęła, przypuszczam, że ostatni kilometr był źle oznakowany, ale sprawdzić tego nie mogę bo biegłam bez zegarka. Poza tym na dobitkę czekały na biegaczy górki przed metą.

Wbiegając na metę i widząc swój czas byłam lekko zszokowana, że w takich warunkach bez konkretnych treningów biegowych udało mi się zachować poziom. 50 min z hakiem to całkiem przyzwoicie jak na moje oczekiwania. Na tyle też przyzwoicie, aby wskoczyć na pudło. 🙂 W nagrodę dostałam drobne pamiątki od miasta, medal, czekoladę i jakiegoś enery shota (3 ostatnie upominki były dla każdego).

Puszcza Kampinoska to miejsce do którego wrócę pobiegać, bo tam po prostu jest magicznie. A jak już o powrotach mowa… To po powrocie do Warszawy czekał na mnie wypasiony naleśnik na (bardzo) słodko z: nutellą, M&Ms, mascarpone, herbatnikami i białą czekoladą <3